Przestawienie gospodarki na bardziej zielone tory często oznacza ogromne wydatki. Te firmy udowadniają, że prowadzenie proekologicznej działalności i wdrażanie modernizacji nie zawsze musi się z nimi wiązać.

Tak polskie firmy walczą o lepszy klimat i zarabiają

  • Ekologiczna gospodarka nie zawsze musi wiązać się z dużymi inwestycjami.
  • Z drugiej strony start-upy pomimo dobrych pomysłów raczej nie poradzą sobie bez wsparcia instytucji, które mają pieniądze.
  • O to wsparcie coraz łatwiej dzięki rosnącej świadomości klientów, firm, obywateli i administracji.

Żeby wykonać krok w stronę proekologicznej działalności, nie trzeba wielkich technologicznych przełomów. Czasem wystarczą rozwiązania mniejszej skali – przekonywali rozmówcy podczas panelu dyskusyjnego "Innowacje dla klimatu", który odbył się w ramach EEC Green w Katowicach. Takim prostym rozwiązaniem może być np. oprogramowanie, które automatyzuje działanie urządzeń w istniejącym już systemie ocieplenia.

– Osiedle Juliusz w Sosnowcu to 22 wielorodzinne budynki mieszkalne. Rok temu przystąpiliśmy do PPP, w ramach którego doprowadziliśmy sieć ciepłowniczą, zlikwidowaliśmy blisko 1000 pieców węglowych, obniżyliśmy emisję dwutlenku węgla i wdrożyliśmy inteligentny system zarządzania ciepłem. W tej formule koszty ponieśli obaj partnerzy: prywatny oraz publiczny, a co najważniejsze – daliśmy gwarancję utrzymania niskiego poziomu zużycia energii zarówno właścicielom, jak i użytkownikom – mówi prezes Matex Controls Marcin Michalski.

– Zazwyczaj pomiędzy producentem energii a jej odbiorcą istnieje konflikt interesów: pierwszy chce utrzymać jak najwyższą cenę, a drugi chce płacić jak najmniej. Nam – dzięki tej formule – udało się stworzyć symbiozę. Dostarczamy w czasie rzeczywistym tyle energii, ile akurat potrzebne, nie przechładzamy mieszkań, a rachunki spadają kilkukrotnie – dodaje.

Marcin Michalski, prezes Matex Controls, fot. PTWP

Jego zdaniem nie zawsze na początku trzeba inwestować duże pieniądze. Wieżowce, dworce i szpitale pełne sprawnych urządzeń już istnieją, tylko nie zawsze poprawnie nimi zarządzamy.

– Jeśli zaczniemy poprawnie zarządzać energią, jeśli przestaniemy generować niepotrzebne straty związane z przegrzewaniem czy chłodzeniem, to na pewno pojawi się strumień pieniędzy, który można reinwestować. Rynek efektywności energetycznej w Polsce szacuje się nawet na 1 mld euro, więc tort do podziału jest duży, ale może nie trzeba brać się za niego z największą łyżką – przekonuje.

Także przetwarzanie odpadów nie musi być wielkim obciążeniem finansowym, jeśli tylko samo będzie się opłacać. Tak uważa Adam Hańderek z Handerek Technologies – firmy pracującej nad technologią przetwarzania odpadów z tworzyw sztucznych, które nie podlegają procesowi recyklingu i tworzenia z nich paliwa.

– Istniejący system przetwarzania odpadów z tworzyw sztucznych nie działa, bo ludzie nie mają z nimi co zrobić. Stąd te wszystkie medialne doniesienia o pożarach składowisk. A przecież puszek aluminiowych nigdzie nie widać, bo te można sprzedać w skupie. W Niemczech nie ma też butelek PET, bo działa system ich zwrotu. A na tworzywa sztuczne nie ma zbytu. My opracowaliśmy technologię pozwalającą przetwarzać odpady z tworzyw sztucznych, których nie można użyć do recyklingu materiałowego. Jeśli wdrożymy technologię umożliwiającą stworzenie produktu o wartości rynkowej, to nie będziemy więcej oglądali zaśmieconych miast, lasów i mórz – twierdzi.

Adam Hańderek, założyciel Handerek Technologies, fot. PTWP

Jak ruszyć z miejsca?

Oczywiście nawet najlepsze pomysły z działającym modelem biznesowym muszą przejść przez trudne początki. Kamila Kotulska ze start-upu Gradis tworzącego oprogramowanie do zarządzania oświetleniem miejskim przyznała, że bez instytucjonalnego wsparcia mogliby sobie nie poradzić.

– 15 proc. światowego zużycia energii to oświetlenie. Nasze oprogramowanie może to zapotrzebowanie obniżyć o kilkadziesiąt proc. i zredukować przy tym zanieczyszczenie świetlne. Oświetlania ma być tylko tyle, ile chcemy i tylko tam, gdzie chcemy: na ulicy, na chodniku i nigdzie indziej. Nasz pierwszy projekt badawczy powstał na Akademii Górniczo-Hutniczej. Do naszego zespołu w 2013 r. zgłosiło się belgijskie miasto Geel, które miało problem z prześwietleniem. Później zainwestowała w nas spółka KIC InnoEnergy. Dopiero po pierwszych sukcesach badawczych udało się stworzyć komercyjny produkt i założyć firmę – opowiada.

– Gdybyśmy na początku nie mieli wsparcia InnoEnergy w postaci wiedzy doradczej i biznesowej, pewnie stalibyśmy się jednym z tych start-upów uniwersyteckich które nigdy nie wchodzą na rynek. Teraz planujemy ekspansję międzynarodową. Odezwała się do nas m.in. firma z Hiszpanii, więc InnoEnergy uruchomiło swoje biura w Hiszpanii, żeby pomóc nam negocjować umowy i wejść na ten rynek – dodaje.

Kamila Kotulska, dyrektor ds. marketingu w Gradis, fot. PTWP


Niestety – nawet pomimo wsparcia duża część pomysłów nigdy nie ogląda światła dziennego. Jednak zdaniem Adama Hańderka wcale nie należy się tym martwić. Nawet jeśli dobry pomysł zabijają zewnętrzne okoliczności.

– Na rynku jest wielu marzycieli. Kiedy rozpoczyna się jakąś działalność na zupełnie nowym polu, zawsze jest ryzyko. Wielu traci przy tym życie. Ale ja chylę przed nimi wszystkimi czoła, bo oni wykonali ogromną pracę. Nawet jeśli ponieśli straty finansowe, nawet jeśli ich fundusze poszły na marne, to zawsze zostały doświadczenia i wiedza, co robić, czego nie robić, a co robić inaczej – twierdzi.

– Ja pracuję nad technologią produkcji paliw z odpadów od 2006 r. Wtedy przemysł KTSF, czyli szerokiej frakcji, sięgał w Polsce prawie 50 tys. ton rocznie. Rozwój tego przemysłu został zatrzymany przez zniesienie ulgi akcyzowej. Ale nasza praca nie poszła na marne, bo ciągle poddawaliśmy naukowcom pomysły do weryfikacji, nauczyliśmy się uszlachetniać paliwa w sposób bezciśnieniowy, badać je na potrzeby norm paliw silnikowych. Ci naukowcy przez lata niepowodzeń bardzo sceptycznie podchodzili do naszych rozwiązań. Ale w końcu potrafiliśmy udowodnić, że z odpadów tworzyw sztucznych można wyprodukować paliwo, które spełnia wymagania europejskich norm i można to zrobić bardzo niskim kosztem w stosunku do rafinerii CAPEX-em – opowiada Hańderek.

Coraz lepsza świadomość

W takiej branży jak ochrona środowiska jeszcze jeden czynnik ma istotne znaczenie: świadomość problemów. Każdy chciałby oddychać czystym powietrzem i żyć w czystym otoczeniu, ale czasem dopiero twarde dane są w stanie wybudzić decydentów z letargu i skłonić do realnych inwestycji. Dostawcą takich danych jest Wiktor Warchałowski, założyciel start-upu Airly, producenta czujników stanu powietrza.

Wiktor Warchałowski, prezes i współzałożyciel Airly, fot. PTWP

–  Wspólnie z mediami, alarmami smogowymi i ze spółkami odpowiedzialnymi za środowisko udało nam się doprowadzić do momentu, w którym temat smogu uznaje się za ogólnopolski. Są już inicjatywy na szczeblu samorządowym i centralnym, a przede wszystkim są ludzie, którzy sami sprawdzają informacje o jakości powietrza i przekazują je sąsiadom i bliskim. Dzięki tej świadomości w Polsce coraz ważniejsza jest termomodernizacja i nareszcie udało się wprowadzić normy dla paliw stałych – tego brakowało przez wiele lat. Teraz czekamy na kolejne odważne decyzje – mówi.

– Nasze czujniki zainstalowało już w Polsce ponad 300 samorządów. W 2018 r. zaczęliśmy międzynarodową ekspansję. Jesteśmy już w Berlinie, w Wielkiej Brytanii, w Kanadzie, w Rumunii, Grecji, a nawet przy polskiej stacji badawczej na Spitsbergenie. Wiemy, że smog to nie tylko problem Polski, lecz dotyczy miast na całym globie, jak Berlin, Paryż czy Londyn. Chciałbym, żeby w ciągu następnych dwóch lat każdy Europejczyk mógł sprawdzić w naszej aplikacji jakość powietrza – dodaje.

Debatę prowadził Jacek Ziarno, redaktor naczelny Magazynu Gospodarczego Nowy Przemysł.

Jacek Ziarno, redaktor naczelny Magazynu Gospodarczego Nowy Przemysł, fot. PTWP